poniedziałek, 22 lutego 2016

Przeprosiny

Wiem, że spora grupa osób czekała na rozwinięcie tego opowiadania i jestem narawdę mile zaskoczona, że było Was aż tyle. Żyłam bowiem w przekonaniu, że opowiadań o F1 nie czyta prawie nikt i doznałam bardzo miłego zaskoczenia.
Jednak wypaliłam się. Zmieniłam. Dlatego zaczynam od nowa. Z nowym kontem, nowym stylem, nową motywacją. Mam nadzieję, że mnie nie opuścicie i zajrzycie na nowego bloga z opowiadaniem o Sebastianie:
Przepraszam, że nie umiałam skończyć tego, co tutaj opublikowałam. I przepraszam, że nie skończyłam też reszty moich historii. Obyście mi wybaczyli i dalej towarzyszyli. Większe wyjaśnienia znajdziecie na mojej podstronie:
Tym razem obiecałam sobie, że wszystko, co opublikuję (po dłuższym namyśle), doprowadzę do końca, choćbym miała skonać, pisząc kolejne rozdziały.
Także postanawiam ostrą poprawę i... do zobaczenia!

niedziela, 3 stycznia 2016

Part Twelve

Z cieniem uśmiechu leniwie wkradającym się na moją twarz, uniosłem powieki. Zaciągnięte rolety zgrabnie tamowały poranne promienie słońca, pogrążając hotelowy pokój w lekkim półmroku. Szparami między obramowaniem, a szybą przenikały tylko maleńkie, jarzące się milionem barw iskierki, dodające całej scenerii pewnego oszałamiającego uroku. Kątem oka spojrzałem na wiszący między obrazami zegar. Dziewiąta trzydzieści. Cisza nocna dawno się skończyła.
Lewą dłonią przetarłem zaspaną twarz. Ziewnąłem, przekręcając się lekko na bok. Widok niewinnej, zranionej istoty wtulonej w mój tors przynosił dokładnie tyle samo bólu, co radości. Starałem oddawać się bardziej przyjemnemu łaskotaniu w okolicach klatki piersiowej, niż krążącym nieustannie w mojej głowie pytaniom. Dlaczego Rosberg zachował się niczym ostatni śmieć? Przecież w przyjaźni trzeba wspierać drugą osobę, nawet jeśli postępuje ona niezgodnie z naszymi regułami, nieprawdaż? Służyć pomocną dłonią, doradzać. Cieszyć się z sukcesów i po prostu być obok w trakcie niepowodzeń. Jak w miłości, zachęcać do dobrego, odciągać od złego. Ale... No właśnie. Według Rosberga to właśnie ja byłem tym złem.
Potrząsnąłem głową, odpychając od siebie wszystkie, głupie niepewności. Po tylu straconych dniach cierpienia, wreszcie udało mi się dotrzeć tam, gdzie znaleźć chciałem się od samego początku. Do niej. Mogłem bez większych oporów głaskać jej długie, ciemne włosy. Wdychać przyprawiający o zawrót głowy zapach drogich, wykwintnych perfum. Cieszyć się bliskością kogoś, w kim zdążyłem bezgranicznie się zakochać. Kto pozwolił zapomnieć o przeszłości i uświadomić, że właśnie nastał ten czas. Moment, w którym zaczynam od zera.
Do załatwienia została mi już tylko jedna sprawa.
Złożyłem na policzku Anabelle delikatny, subtelny pocałunek. Widząc cień uśmiechu na jej śpiącej twarzy, poczułem się niczym motyl przysiadający na rozkwitającej róży. Szczęście. Tak, to chyba dobre określenie. Ostrożnie wyswobodziłem się spod ciężaru ciała monakijki, ostatni raz spoglądając na jej pełne, malinowe usta idealnie współgrające z zaróżowionymi policzkami.
- Niedługo wrócę - szepnąłem wprost do jej ucha. - Nigdzie się beze mnie nie ruszaj.
Powoli wyszedłem z pokoju i cicho zamknąłem drzwi. Nadal trzymając w uścisku metalową klamkę, zacząłem śmiać się pod nosem. Przyjeżdżając tutaj, spodziewałem się dosłownie wszystkiego. Mogła uderzyć mnie w twarz, wyzwać od najgorszych, wyrzucić na zewnątrz żegnając wiązanką nieprzesadnie grzecznych słów. Ale nawet podświadomie nie wierzyłem, że da mi jeszcze jedną szansę. Że pozwoli ponownie uwierzyć w miłość i mocniej zachęci do walki o coś, co było dla mnie tak ważne. O nią samą.
- Hoho, widzę, że ktoś tutaj spał zadziwiająco dobrze.
Ze ściągniętymi brwiami odwróciłem się w stronę rozłożonego na kanapie Lewisa. W dłoni trzymał pilot od płaskiego telewizora zawieszonego na ścianie, drugą zaś ręką obejmował wtuloną w niego, śpiącą Maite.
- Nawet nie wiesz, jak dobrze.
Hamilton zaśmiał się, ponownie zmieniając kanał.
- Myślę, że jednak wiem. - Zachęcił mnie, bym usiadł w fotelu obok, jednak szybko pokręciłem głową. - Śniadanie?
- Później. Najpierw muszę skończyć ze wszystkimi niejasnościami. - Wyciągnąłem z kieszeni spodni telefon, po czym otworzyłem czystą kartę notatnika. - Znasz może adres pensjonatu, w którym Nico zatrzymał się z Aną? Mam mu do przekazania kilka szczerych, dobrych rad.
- Nie. Ale mogę się założyć, że na odwrocie tabliczki przy kluczu, który Anabelle miała w bluzie, jest chociaż ulica.
Dziękując Bogu za tak korzystny tok wydarzeń, złapałem rzucony przez dwukrotnego mistrza świata przedmiot, po czym bez słowa wyszedłem z apartamentu oznaczonego kilkucyfrowym numerem.


Zaparkowałem. Zgarniając z siedzenia obok dużych rozmiarów torbę, wysiadłem z auta i trzasnąłem drzwiami. Bez ociągania się, stawiałem coraz to kolejne kroki w kierunku wejścia do niedużego pensjonatu. Otwierając drzwi i przepuszczając w nich młodą kobietę z wózkiem, przeżyłem chwilę niepewności. Czy miałem prawo zrobić coś takiego? Przecież Ana nie była nawet moją dziewczyną... Wparowanie do pokoju jej, miejmy nadzieję byłego przyjaciela i zabranie wszystkich należących do niej rzeczy nie było najtrafniejszym pomysłem. Jednakże czy pozwolenie, by uczyniła to samodzielnie, nim było? Zdecydowanie nie. A wspomnienie trzęsących się, delikatnych, kobiecych dłoni i łez spływających po opuchniętych policzkach tylko utwierdziło mnie w owym przekonaniu.
Poprawiając pasek na ramieniu, uśmiechnąłem się do recepcjonistki, pokazując uniesiony klucz. Pokiwała głową, po czym zajęła się standardową, papierkową robotą. Z przyzwyczajenia udałem się do windy. Po chwili dopiero uświadomiłem sobie, że nie wiem, na którym piętrze znajduje się dany pokój i z westchnieniem postawiłem na schody. Uważnie obserwując rosnące numery, wybrałem korytarz opisujący cyferkę z tabliczki, po czym udałem się pod odpowiednie drzwi. Ze ściśniętym gardłem włożyłem w zamek metalowy przedmiot i drżącymi z najróżniejszych obaw palcami przekręciłem go.
Pomieszczenie nie należało do największych, ale nazwanie go małym równało się z błędem. Jasno pomalowane ściany wizualnie poszerzały wnętrze, a ciemne, mahoniowe meble dodawały mu pewnego staromodnego stylu, który prezentował się nad wyraz wykwintnie. W mojej głowie pojawiła się myśl, że właścicielką ośrodka jest zapewne jakaś samotna staruszka wkładająca w to miejsce całe swoje serce. Zaraz jednak odsunąłem ją od siebie, skupiając się na tym, co od początku obrałem za cel. Na zabraniu wszystkich przedmiotów należących do Anabelle.
Niemalże natychmiast moim oczom ukazała się stojąca przy szafie, nierozpakowana walizka. Ostrożnie uniosłem jej wieko. Z wyrazem triumfu po zauważeniu damskich ubrań zapiąłem suwak i postawiłem ją na kauczukowych kółkach.
- Czemu zawdzięczam tą przemiłą wizytę?
Na dźwięk niskiego, lekko zachrypniętego głosu zacisnąłem pięści. Z wyrazem furii wymalowanym na twarzy odwróciłem się w stronę Rosberga, skupiając praktycznie całą uwagę na niezrobieniu mu krzywdy. Nie mogłem pozwolić, by emocje wzięły górę. Musiałem nad sobą panować.
- Przyjechałem wyrównać parę rachunków. - Uśmiechnąłem się kwaśno, kładąc torbę na walizce. - I wytłumaczyć Ci, że całowanie przyjaciółek nie należy do rzeczy normalnych.
Blondyn zaśmiał się gardłowo, krzyżując ręce na piersi.
- Powiedział facet zaliczający seks z laską na jakiejś beznadziejnej imprezie.
- A ty oczywiście musiałeś przekręcić całą historię, by ją do mnie zrazić.
Wzruszył ramionami, sprawiając, że irytacja ogarniająca całe moje ciało jeszcze bardziej wzrosła. Od zawsze łatwo było mnie sprowokować. Czasami zdecydowanie zbyt łatwo.
- Co, od razu do Ciebie przyleciała? - Uniosłem brwi ukazując znajdujące się w owych słowach ziarno prawdy. Jego tęczówki na chwilę rozbłysły falą bólu, paraliżującego cierpienia, sprawiającego mi ogromną przyjemność. Zaraz jednak opanował się, przyjmując wcześniejszą, nieprawdziwą postawę obojętności. - Nieważne. Jest twoja. Ja jej już nie chcę. - Machnął ręką i wymijając mnie, pokonał drogę dzielącą go od stolika z dwoma krzesłami. Wygodnie usiadł na jednym z nich, otwierając niedawno zakupionego laptopa. - Tylko nie zapomnij o kosmetykach. Wszystkie są w torebce na półce pod lustrem.
Uważnie, uprzednio oglądając się przez ramię, wszedłem do łazienki i zgarnąłem przedmioty należące do monakijki. Wrzuciłem je do naszykowanej wcześniej w danym celu, czarnej treningówki, po czym ponownie stanąłem przed Rosbergiem.
- Nie wmawiaj mi, że nigdy ci na niej nie zależało - syknąłem, prowokująco zamykając jego komputer. - Przecież to nieprawda.
Z westchnieniem dodającym mu jeszcze większego, złudnego wyluzowania wstał i spojrzał mi prosto w oczy. Niewyobrażalny wstręt, którym od zawsze darzyłem jego osobę, tylko wezbrał na sile. Miałem ochotę zabrać manatki i uciec możliwie jak najdalej. Musiałem się jednak przekonać, że już nigdy więcej jej nie skrzywdzi. Że nie wejdzie z brudnymi butami w życie Anabelle, jeśli ona sama mu na to nie pozwoli.
- Co ty możesz wiedzieć?! - warknął, zaciskając palce na materiale swojej koszulki. - Przecież zawsze dostawałeś to, czego chciałeś. Nieważne, czy na torze, czy poza nim. Szedłeś do garażu w Red Bullu i cały bolid zmieniali pod ciebie. Mark się nie liczył. - Prychnąłem, ze śmiechem unosząc brwi. Wszyscy tak myśleli, choć nawet nie ocierali się o prawdę. - Przestało ci iść w granatowym kombinezonie, zapłakałeś i z nieba spadł ci kontrakt z Maranello. A teraz jeszcze Ana. Jesteś pieprzonym egoistą, który nie zważa na uczucia innych w dążeniu do obranego celu. Nie widzi ich.
- Już ci to mówiłem i powtórzę raz jeszcze - odparłem głosem emanującym spokojem. Wewnętrznie nie umiałem go zachować. Aż gotowałem się z ogarniającej mnie złości. - Anabelle nie jest żadnym celem. Kocham ją i będę o nią walczył jak o kobietę. Nie jak o trofeum za wygranie wyścigu czy, w dzisiejszych czasach, kontakt z mercedesem.
Rosberg zaśmiał mi się prosto w twarz, rozkładając ramiona. W jego oczach zalśniły łzy bezradności. Coś, czego zdecydowanie nie spodziewałem się ujrzeć.
- Spałeś z nią? - Tym pytaniem na moment zbił mnie z tropu. - Odpowiedz tak, lub nie. Pieprzyłeś się z nią? No, Vettel! Tak, lub nie!
- Nie twoja sprawa - mruknąłem przez zaciśnięte zęby, po czym odwróciłem się. Zacząłem kierować kroki ku drzwiom, zbierając po drodze to, po co w ogóle się tutaj zjawiłem.
- Wiedziałem! - zagrzmiał. - Od zawsze wiedziałem, że Ana to zwykła dziwka!
Wtedy coś we mnie pękło. Odkąd pamiętam powtarzałem sobie, że ignorancja jest podstawą. Powinienem puścić tę uwagę mimo uszu i wyjść. Zostawić go ze swoim popierdolonym umysłem. Samego, bez żywej duszy u boku. Ale nie umiałem. Krew w żyłach zawrzała, na policzkach pojawiły się rumiane smugi. Mocno się zamachując, wbiłem pięć w twarz blondyna bez żadnych, nawet najmniejszych skrupułów.
Po ujrzeniu, jak bezwładnie opada na kolana, trzymając się za obolałe miejsce po prostu wyszedłem z pokoju w poczuciu spełnienia. Może ktoś wreszcie pokazał, gdzie naprawdę znajduje się jego miejsce.

__________
Dam, dam, dam!
Powiem wam, że podczas pisania tego rozdziału miałam wrażenie, jakbym tworzyła coś najgorszego na całym świecie. Ale teraz, po przeczytaniu tego jeszcze raz i co ważniejsze, napisaniu początku trzynastki, stwierdzam, że jednak może być gorzej. Mam nadzieję, że wy również dojdziecie do podobnego wniosku.
A jak po sylwestrowej zabawie? Żyjecie?
Pozdrawiam i całuję, dziękując za wszystkie wspaniałe komentarze, które pojawiły się na tym bloku w minionym roku ♥♥

czwartek, 24 grudnia 2015

Part Eleven

Na zewnątrz panowała ciemność.
Tak samo bezlitosna i nieprzewidywalna, jak ból falami zalewający moje rozsypane na drobne kawałeczki serce. Nigdy nie powiedziałam o nim ani jednego, złego słowa. Był moim aniołem stróżem, w cięższych chwilach podnoszącym na duchu i wyciągającym choćby minimalny uśmiech ostatkami sił, w lepszych trwającym u mego boku jako kompan poważnych rozmów oraz dziecięcych zabaw. Znałam go przecież od zawsze. Byliśmy niczym dwujajowe bliźniaki, cholernie podobne charakterem, jednakże odmienne wyglądem. Kochałam go. On kochał mnie. W inny co prawda sposób, ale jednak kochał. Dlaczego więc sprawił, że musiałam zamknąć się w tym zimnym pokoju ze łzami ciurkiem płynącymi po policzkach? Czemu wszystko, do czego w ostatnich tygodniach przyłożyłam rękę zaczynało spadać na dno najgłębszej dziury w rozległym oceanie?
Spojrzałam w okno, kreśląc wokół kubka z herbatą bliżej nieokreślone kształty. Chwilę później odstawiłam go na pobliską szafeczkę idealnie uzupełniającą wystrój wnętrza. Cicho westchnęłam, ocierając rękawem pożyczonej od Lewisa bluzy wodę z opuchniętej twarzy. Na niebie, jakby starając się mnie rozweselić, migotały tysiące gwiazd bezlitośnie przypominając chwile spędzone z Rosbergiem w monakijskim ogródku. Jak leżąc na idealnie przystrzyżonej, charakterystycznie pachnącej trawie przytulaliśmy się do siebie, szukając różnorakich konstelacji. Ze śmiechem pakowałam mu do ust kolejną porcję słodkich pianek sprytnie przemyconych z kuchni. On z kolei zrywał z oświetlonej bladym blaskiem latarni grządki żółtego tulipana i wręczał mi go z szerokim uśmiechem. To był mój Nico. Ten, którego kochałam i za którym gotowa byłam wskoczyć w ogień. Wtedy myślałam, że nic nas nie rozdzieli. Czułam się najważniejsza i głęboko w sercu przewidywałam naszą wspólną przyszłość, jako para najlepszych przyjaciół co weekend oglądająca wspólnie maraton filmowy.
A teraz, po tylu latach trzymających mnie w złudnym poczuciu bezpieczeństwa objawiającym się za każdym razem, gdy wtulałam się w jego ciepłe, umięśnione ramiona, dość brutalnie zostałam sprowadzona na ziemię. Objawiło mi się to drugie, gorsze oblicze, które każdy przecież posiada.
Na dźwięk cichego skrzypnięcia nawiasów od razu spuściłam głowę, starając się ukryć piekące łzy bezustannie spływające po zaróżowionych policzkach. Zagryzłam dolną wargę, jednocześnie mocno zaciskając powieki, by uniemożliwić słonemu płynowi wydostawanie się na zewnątrz. Bezskutecznie. Cholera, czemu ja byłam taka beznadziejna?!
- Ana? - Podskoczyłam, słysząc znajomy głos. Jego głos... - Powiedz, co się stało?
Zamarłam, czując ciepły uścisk męskiej dłoni na ramieniu. Spojrzałam na niego spod kaskady ciemnych, potarganych włosów. Ból widoczny w jego szarobłękitnych, błyszczących tęczówkach na moment zbił mnie z tropu. Sebastian. Mój Sebastian tu był.
I automatycznie, jakby do kompletu powróciło także wspomnienie słów Kimiego. Powód, przez który w ogóle wyleciałam z Austrii. Nie umiałam mu tak po prostu wybaczyć. Nie chciałam tego zrobić...
- Wyjdź! - wydusiłam niezbyt przekonująco. - Proszę Cię, wyjdź!
Trzęsącą ręką wskazałam na drzwi, a on zamiast podnieść się i ruszyć w ich kierunku, delikatnie ujął mój nadgarstek. Nie wytrzymałam. Coś we mnie pękło. Wybuchłam histerycznym płaczem, ukrywając zmasakrowaną twarz w drżących z nadmiaru emocji dłoniach.
- Dobrze wiesz, że tego nie zrobię.
Ku rosnącemu z każdą chwilą coraz bardziej zaskoczeniu Vettel nieznacznie podniósł mnie, sadzając sobie na kolanach, po czym mocno objął, szepcząc do ucha słowa pocieszenia. W głowie miałam paskudny mętlik. Rozum walczył z sercem, pragnącym nigdy więcej nie wyswobadzać się z tego uścisku. W ostateczności uczucia wygrały. Trzymając głowę na jego piersi starałam się uspokoić, choć przychodziło mi to niezwykle opornie.
- Nienawidzę was - wymamrotałam. - Nienawidzę was obu!
- Rozumiem. - Kątem oka zauważyłam, jak Sebastian nieznacznie się uśmiecha. Palcem wskazującym uniósł mój podbródek, zmuszając do spojrzenia sobie prosto w oczy, po czym płynnym ruchem starł łzy najpierw z jednego, a następnie drugiego mojego policzka. Przyspieszone tętno wywołane tym gestem jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zamknęło produkcję nowych, po raz kolejny wytrącając mnie z równowagi. - A teraz powiedz, co on Ci zrobił?
Głośno przełknęłam ślinę, siląc się na wyrzucenie tych kilku okropnie brzmiących słów.
- Pocałował mnie.
Dłonie trzymane na jego klatce piersiowej niemal automatycznie zacisnęłam w pięści.
- Tylko tyle?
- Siłą - wydukałam. Wzięłam kilka głębszych oddechów w celu uspokojenia rozbieganych myśli. - Nie chciałam tego. Przycisnął mnie do ściany i...
Na twarzy Vettela momentalnie pojawił się wyraz istnej furii. Ponownie przyciągnął mnie do siebie i mocno przytulił, sprawiając, że pierwszy raz od dłuższego czasu poczułam się względnie bezpieczna. Mogłam odetchnąć, choć tego nie zrobiłam, zatopić się w jego ramionach i po prostu zapomnieć o wszystkich strapieniach.
- To się już więcej nie powtórzy. - Pokiwałam głową, zaciskając usta w wąską linię. - Obiecuję.
Wdychając zapach męskich perfum idealnie pasujących do wizerunku kierowcy wyścigowego, moje serce wariowało w szaleńczym tempie wystukując to jedno, jakże ważne imię. Sebastian. Był tutaj. Dla mnie. Przyjechał, choć wcale go o to nie prosiłam. Wspierał mnie i pocieszał. Zaczął pełnić funkcję Nico, w której niegdyś nie potrafiłam wyobrazić sobie nikogo innego poza niemieckim zawodnikiem rywalizującym co weekend w srebrzysto-błękitnym bolidzie teamu ze Stuttgartu.
- Nie mam zamiaru do niego wracać - wyszeptałam, ignorując tysiące igieł wbijających się w okolice klatki piersiowej. - On dla mnie już nie istnieje.
Blondyn delikatnie zsunął mnie na puchową kołdrę. Następnie płynnym ruchem ściągnął buty i położył się, chwilę później przyciągając mnie do siebie. Głowę umiejscowiłam na jego umięśnionej, falującej w rytm oddechu klatce, starając się skupić myśli na wszystkim, tylko nie na postaci byłego przyjaciela. Jego roześmianej twarzy niegdyś sprawiającej mi tyle radości. Ciepłych wargach natarczywie wbijających się w moje. Sprawiających, że miałam ochotę kopnąć go w jaja i uciec, choć w ostateczności zachowałam się, przynajmniej według mojego mniemania, mniej brutalnie. A przecież to był mój pierwszy... pocałunek. O ile tę chwilę można było nim nazwać. I Nico doskonale o tym wiedział. Dlaczego więc zepsuł go swoim szczeniackim, dupkowatym zachowaniem? Co chciał w ten sposób osiągnąć?
Westchnęłam, z ulgą zauważając, że przestałam płakać. Bolało mnie. To oczywiste. Czułam się cholernie zdradzona przez człowieka do niedawna znaczącego dla mnie dosłownie wszystko. Przez mężczyznę dającego mi całą listę życiowych porad i uczącego jazdy samochodem na monakijskim parkingu, gdy byłam jeszcze roztrzepaną nastolatką wjeżdżającą w każdy napotkany na drodze pachołek. Rozbawiającego mnie swoimi żartami i mieszającego z błotem zawsze, gdy próbowałam wdawać się z nim w słowne potyczki będące jego mocną stroną.
Dlaczego to było aż takie ciężkie?
- Chciałbym Ci coś wyjaśnić.
Rozkojarzona spojrzałam w twarz Sebastiana. Sprawiał wrażenie nieobecnego. Jakby żyjącego w innej, równoległej rzeczywistości rozdrapującej dawne rany, które jeszcze nie do końca zdążyły się zagoić. Przełknęłam głośno ślinę, zachęcająco ujmując jego dłoń. Jeśli miał dolać oliwy do ognia, niech zrobi to teraz. Wolę spaść na samo dno i później powoli się podnosić, niż podczas powrotu do żywych ponownie co chwila obrywać coraz to kolejnym kamieniem podcinającym mi skrzydła.
- Tak? - spytałam zachrypniętym głosem.
Vettel skrzywił się nieznacznie, po czym z wyrazem męczennika sprawiającym, że poczułam się bardzo słabo, niczym niewinna sarna dostająca środek nasenny w  lesie będącym jej domem, przeniósł wzrok na moją twarz.
- Chodzi o kwestię mojego rzekomego sypiania z każdą dziewczyną, którą dane było mi poznać. - Ze świstem wypuściłam powietrze, starając się nie załamać. Nie byłam pewna, czy chciałam tego słuchać. - To nie do końca prawda. Po prostu... Wiem, że nie ma żadnego usprawiedliwienia na to, co wtedy zrobiłem i jak cholernie wielkim dupkiem się stałem. - Skrzyżował nasze palce razem, skupiając całą uwagę na kreślonych delikatnie krótkim paznokciem po nawierzchni mojej dłoni kształtach. - Ale nikt nie chciał mnie zrozumieć. Nawet Kimi. Zajmował się wtedy pomocą w projekcie bolidu na nowy sezon i spławił mnie jednym, krótkim sms-em. Dlatego poszedłem do tego klubu. Dlatego upiłem się do nieprzytomności i wylądowałem z nią w łóżku. A następnego dnia obudziłem się w sypialni zupełnie obcej kobiety, zdając sobie sprawę, że wcale nie byłem lepszy od Hanny. Że może nawet zachowałem się gorzej, bo przespałem się z zupełnie nieznaną mi wcześniej osobą. Kimś, z kim nie zamieniłem nawet jednego, głupiego zdania na trzeźwo. - Widziałam, jak z kącików jego oczu zaczynają wypływać łzy. Miałam ochotę zetrzeć je i wyszeptać parę słów pocieszenia, ale nie mogłam mu przerwać. Zdawałam sobie bowiem sprawę z tego, że jeśli to zrobię, nigdy więcej nie będzie mi dane usłyszeć owej historii do samego końca. - Nikt z mojego otoczenia nie wiedział, jak to jest odkryć zdradę narzeczonej będącej dla Ciebie całym światem. Kochałem ją. Hanna stała się dla mnie pewnego rodzaju obsesją, której nie chciałem i nie mogłem stracić. Za bardzo mi na niej zależało. Na nas... Może dlatego wierzyłem w każde głupie wymówki, których używała, by się z nim spotykać. Że idzie do koleżanki na noc, choć później nie odbierała ode mnie telefonów. Że musi wyskoczyć na małe zakupy, choć przecież dwa dni temu wróciła z centrum handlowego zmęczona jak nigdy przedtem. - Jego głos powoli się załamywał, sprawiając mi okropny ból. - Chciałem wierzyć w to wszystko. W naszą głupią, naiwną miłość mającą swoje początki na korytarzu przeciętnego liceum. Nie sypialiśmy ze sobą. Nie spędzaliśmy razem czasu, jak kiedyś. Ciągle się mijaliśmy, bo albo ja wyjeżdżałem na wyścigi, dzięki którym mogłem choć na chwilę o tym wszystkim zapomnieć, albo ona wymykała się do niego pod przykrywką kolejnego zlecenia u bogatej rodziny posiadającej kilkuset metrowy dom. Aż nastał ten przeklęty dzień, w którym wszystko się wydało. Przez który straciłem coś, co było dla mnie przez długi czas najważniejsze. I przez który później prawie straciłem też Ciebie. - Mocniej ścisnęłam jego dłoń, nieznacznie podnosząc się do góry. Cierpienie emanujące z jego tęczówek z całą pewnością zwaliłoby mnie z nóg, gdybym stała na zimnej podłodze luksusowego hotelu. - To uczucie, które Ci towarzyszy, gdy wracając wcześniejszym samolotem zastajesz swoją ciężarną narzeczoną całującą się w waszej kuchni z innym facetem. Kiedy zdajesz sobie sprawę, że twoje wyobrażenia nie były urojeniem, tylko prawdą, a pozorne szczęście choć na chwilę dające Ci wiarę w odzyskanie wszystkiego po dowiedzeniu się, że zostaniesz ojcem, nagle ulatuje, bo dociera do Ciebie, że to dziecko nawet nie jest twoje - skończył szeptem, całą siłą woli powstrzymując słoną wodę wypływającą spod powiek. - Przepraszam. Jestem beznadziejny.
- Wcale nie! - zaprzeczyłam, z ulgą zauważając, że Nico nie miał racji. Że Sebastian był, jest i będzie tym delikatnym, subtelnym mężczyzną, w którym się zakochałam. I którego przecież nadal kochałam całym sercem, znoszącym ostatnio wiele nieprzyjemności. - Możesz mówić, co chcesz. Ale wiem, że przez cierpienie robi się wiele głupot. To chyba normalne, że poszedłeś zapić smutki. Przesadziłeś. Że...
Nie umiałam skończyć. Dane słowa ugrzęzły mi w gardle, bo były zbyt przykre, by mogły wyjść na zewnątrz, stając się jednocześnie prawdą.
- Nie, to nie jest normalne. Zrobiłem źle i mam nadzieję, że to się nigdy nie powtórzy. Od tamtej pory zawsze się pilnuję - westchnął. - Ale... Było, minęło. Teraz jest inny czas. Zmieniłem się, jak wszystko wokoło. I nie wiem jeszcze do końca, co czuję. - Uśmiechnął się delikatnie, muskając opuszkami palców moje spierzchnięte wargi. - Czy dopiero się w Tobie zakochuję, czy już zdążyłem pokochać Cię całym sercem. Za to wiem, że znaczysz dla mnie cholernie wiele i tym razem nie pozwolę, by miłość wymknęła mi się między palcami przez własną głupotę. Chcę walczyć. I mam nadzieję, że mi na to pozwolisz.
Motyle wewnątrz mojego brzucha poderwały się do lotu, przyjemnie łaskocząc go od środka. Wszystko inne jakby nagle straciło sens. Liczyłam się tylko ja, i on. My. Pierwszy raz od tygodnia poczułam, że naprawdę może być dobrze. Że wszystko się jakoś ułoży i znów będę mogła żyć pełnią życia. Że jeśli tylko włożymy w to trochę serca, staniemy się naprawdę szczęśliwi.
- Zawsze - mruknęłam, wtulając się w jego tors. - Ale chyba nie musisz o nic walczyć. Już to zdobyłeś.

__________
I prawie wszystko się wyjaśniło! Takim też oto sposobem zamknęliśmy pewien etap tego opowiadania, dlatego chcę wam mocno podziękować za wsparcie w napisaniu tych jedenastu rozdziałów. Jesteście wspaniali!
Jedenastka nie jest idealna. Wiem. Troszkę inaczej ją sobie wyobrażałam, ale niestety ostatnio w szkole mam urwanie głowy i nie znalazłam czasu, by napisać ją od nowa jeszcze raz. Przepraszam.
Na koniec chcę wam życzyć wspaniałych, radosnych i rodzinnych świąt oraz szczęśliwego nowego roku, który, miejmy nadzieję, będzie czasem lepszym od ostatnich dwunastu miesięcy :')
A, no i mam taki drobny prezent dla moich wiernych czytelników! Świąteczne opowiadanie, a jakże, na które bardzo serdecznie zapraszam. W roli głównej Chicharito Hernandez
To do zobaczenia 'za rok' :')

niedziela, 13 grudnia 2015

Part Ten

Właśnie przebrnęłam przez najgorszy dzień w życiu.
Mogłam powtarzać to zdanie całymi godzinami, wspominając wydarzenia ostatniego tygodnia sprowadzające się do zwieńczenia chwilą jeszcze bardziej okropną i niezwykle drastyczną, ale czy posiadało to jakikolwiek sens? Przecież dzięki temu nie uda mi się podnieść z wilgotnej ławki, szepnąć, że wszystko się jakoś ułoży i z impetem ruszyć do przodu ku nowej, lepszej przyszłości. Nikogo tu nie znałam. Nie rysowały się przede mną żadne pozytywne perspektywy. Zostałam sama, zdana jedynie na własne umiejętności i wyczucie, które nie raz potrafiło zawieść. Powoli zaczynałam nawet żałować decyzji o postawieniu się ojcu i wyjechaniu z Nico. Poznania Sebastiana...
Cholera! Czemu to wszystko było tak piekielnie skomplikowane?!
Słone łzy spływające po moich policzkach zaczęły mieszać się z chłodnymi kroplami deszczu. Kiedyś, w nawet najgorszych momentach potrafiłam znaleźć w sobie krztynę odwagi, by zadzwonić do przyjaciela, poprosić go o spotkanie, znaleźć w jego ramionach choć odrobinę pocieszenia. A teraz... Teraz zawiódł mnie nawet on. I razem z odejściem Rosberga zaczęło rozmywać się całe moje dotychczasowe życie. Czułam się niczym uwięziona w kokonie gąsienica, pragnąca rozwinąć skrzydła, by stać się pięknym motylem. Problem w tym, że sama nie umiałam zmusić się do przebicia przeklętego kokonu, zamykającego wszystkie możliwe drogi ucieczki od ogarniającego mnie, przewlekłego cierpienia. Czy ta farsa miała się kiedyś w ogóle skończyć?
Zacisnęłam mocno powieki, starając się opanować spazmatyczne napady histerii. Bez skutku. Każde bicie serca wbijało się w moją klatkę piersiową niczym tępy sztylet, każdy kolejny wzięty oddech sprawiał, że moje płuca pękały z bólu. Denerwowało mnie otoczenie, wszystko, co znajdowało się w promieniu kilku metrów, więdnące pod naporem lejącej się z nieba wody kwiaty, szeleszczące na wietrze liście rosnących nieopodal drzew, przechodnie wlepiający swój ciekawski wzrok w moją zmasakrowaną posturę. Miałam ochotę wydłubać sobie oczy, by już nigdy więcej nie płakać, pozbyć się mózgu, by nie musieć myśleć o dręczących mnie nieustannie problemach. Przestać zwracać na siebie uwagę każdego brnącego do domu alejkami parku człowieka.
Wzięłam parę urywanych oddechów, dławiąc się mieszaniną różnorakiej cieczy. W głowie przywołałam obraz uśmiechniętego Sebastiana okrywającego moje ramiona krwistoczerwoną bluzą pachnącą tak dobrze znanymi mi już perfumami. Jego zadziwiającej troski malującej się w szarobłękitnych tęczówkach i delikatności ujawniającej się z każdym wykonanym przez niego ruchem. Brakowało mi tego. Naszych niezobowiązujących uśmiechów wymienianych przy każdym spotkaniu. Błahych słów wypowiadanych podczas nawet najgłupszych rozmów. Ciepła jego ciała uspakajającego mnie niemalże automatycznie.
Potrzebowałam go. I właśnie dlatego, w przypływie odwagi wyjęłam z kieszeni jeansów telefon, w duszy dziękując losowi za wodoodporny model, by wykręcić pospiesznie znany mi doskonale numer. A kiedy miałam nacisnąć zieloną słuchawkę, coś mnie nagle przyblokowało.
Nie umiałam. Nie mogłam. Nie... chciałam?
Pokręciłam głową, desperacko przeglądając listę kontaktów. Przecież nie utknę w tym miejscu, bezradna i bezsilna. Musiałam coś zrobić. Pytanie tylko, co?
Zacisnęłam zęby, niezgrabnie przykładając komórkę do ucha. Na dźwięk pierwszego sygnału podskoczyłam gwałtownie, starając się opanować rosnące wewnątrz napięcie. Nie byłam pewna, czy po raptem kilku chwilach znajomości mogłam ją prosić o taką przysługę.
- Tak? - rozbrzmiał w słuchawce dość niski głos.
Przełknęłam ślinę w celu zniwelowania zapychającej gardło guli, jednocześnie zbierając w głowie odpowiednie słowa.
- Maite, mam sprawę...
- Lewis. - Szerzej otworzyłam oczy. Cholera! - Mam na imię Lewis - zaśmiał się.
- Przepraszam, nie wiedziałam... To znaczy...
- Spokojnie. - W słuchawce zapadła chwilowa cisza. Na szczęście tylko chwilowa. - Coś się stało? Płakałaś, czy mi się wydaje?
Zacisnęłam dłoń na drewnianej belce, delikatnie nachylając się do przodu. Musiałam podjąć szybką decyzję dotyczącą ewentualnej wersji wydarzeń, jaką mu zaraz przedstawię.
- Tak, ale to nie rozmowa na telefon - wydusiłam. - Jesteście w Milton?
- Od wczoraj. Ana...
- Powiesz mi, jak dotrzeć do hotelu? Chyba się zgubiłam.
Nie miałam najmniejszej ochoty na składanie wyjaśnień. A już na pewno nie przed osobą, z którą rozmawiałam pierwszy raz w życiu.
- Gdzie jesteś?
No tak! Na moich policzkach wyrosły krwiste rumieńce ukazujące poziom zawstydzenia własną głupotą.
- W parku, niedaleko stadionu Donsów. - Zmarszczyłam czoło, uważnie rozglądając się w poszukiwaniu jakichś charakterystycznych znaków. - A przynajmniej wydaje mi się, że niedaleko.
Zrezygnowana pokręciłam głową, czując, jak z bezsilności po moich policzkach spływają kolejne łzy. Tak bardzo chciałam móc się do niego przytulić. Oprzeć głowę o ramię, wziąć głęboki wdech i zapomnieć o wszystkich trapiących mnie zmartwieniach. Tyle bym za to oddała. Za Sebastiana. Za dawnego Nico wyciągającego do mnie pomocną dłoń nawet w najbanalniejszych do rozwiązania sytuacjiach.
- Poczekaj tam na mnie, zaraz będę.
Nim zdążyłam otworzyć buzię, by zaprzeczyć i zapewnić, że przecież dam sobie radę sama, połączenie zostało przerwane, ponownie zostawiając mnie na pastwę losu z ciężkimi do wypędzenia wspomnieniami.

***

Spośród wszystkich wymyślonych przez człowieka sposobów masochizmu, najgorszym jest miłość. Cierpimy przez osoby, dla których bylibyśmy w stanie zrobić wszystko. A które nawet w najmniejszym stopniu naszego uczucia nie odwzajemniają. Cicho wypłakujemy się w samotności, oszukując samych siebie, że chcemy zapomnieć, choć tak naprawdę pragniemy czegoś zupełnie odmiennego. Bliskości. Bliskości człowieka, który wywrócił wszystko do góry nogami, zamiótł nasze uczucia pod cholerny dywan i porzucił tak, jakby nigdy mu na tym nie zależało.
Pokręciłem głową, kreśląc kolejne niezgrabne kreski w topornym notatniku. Nic mi ostatnio nie wychodziło. Choćbym nie wiem jak bardzo próbował, nie umiałem wyrzucić jej subtelnej postaci uśmiechającej się w tak delikatny i cudowny sposób z głowy. Na myśl o zgrabnej sylwetce wtulającej się w moją pierś wszystko jakby automatycznie unosiło się we mnie, jednocześnie przyspieszając bieg zmasakrowanego serca. Potrzebowałem jej. Musiałem znaleźć w sobie odrobinę odwagi i zawalczyć, choć stałem na z góry przegranej pozycji. Nie mogłem zostawić tego tak, jak ostatnio. Albo co gorsza popełnić błędu z przeszłości, który odbijał się teraz na relacji z Anabelle.
Z głośnym westchnieniem odłożyłem długopis. Gwałtownie zamrugałem powiekami, starając się spędzić z nich nawiedzający mnie sen. Wiedziałem bowiem, że ilekroć położę się do łóżka, nie będę mógł zasnąć przez napad wspomnień i beznadziejnie natarczywych myśli. Czegoś, co od tygodnia nieustannie towarzyszy mi w podróży zwanej życiem.
Wstałem, zgarnąłem z parapetu telefon, po czym wygodnie usadowiłem się pod ścianą. Pieczołowicie zacząłem przeglądać media społecznościowe, czując w gardle sporych rozmiarów gulę. I choć próbowałem, niczym nie mogłem jej zniwelować. Całą siłę woli kierowałem ku pominięciu kont związanych z Rosbergiem. Ale nie umiałem. Po kilku minutach, pełen nadziei na jakiś głupi cud wpisałem w wyszukiwarkę jego nazwisko. A gdy moim oczom ukazała się sztywno uśmiechnięta Anabelle na tle stadionu piłkarskiej drużyny z Milton Keynes, świat jakby stanął w miejscu. Kolejne fale tępego bólu przeszyły moje ciało, uświadamiając wiele niepotrzebnych faktów. A co, jeśli ona z nim będzie? Jeśli któregoś dnia ich potencjalna przyjaźń zamieni się w coś głębszego i będę musiał oglądać to przez dwadzieścia weekendów w roku?
Nie! Stop! Powinienem myśleć racjonalnie.
I ku zadowoleniu, z owych teorii spiskowych wyciągnęło mnie przychodzące połączenie od Hamiltona. Z głuchym świstem wypuszczanego powietrza odebrałem je, starając się brzmieć tak, jak zawsze.
- Coś się stało?
Nie wiem, dlaczego akurat te słowa wypłynęły z moich ust.
- Mi też miło Cię słyszeć Sebi - wydukał, sprawiając, że na moich ustach wymalował się grymas zniesmaczenia. Faktycznie, nie było to zbyt trafne powitanie. - Ale... Wydaje mi się, że Nico coś zrobił.
Wziąłem kilka urywanych oddechów, starając się nie stracić głowy na starcie, bowiem wszystko gwałtownie się we mnie zagotowało.
- To znaczy?
- Ana siedzi u nas cała zapłakana. - Mocniej ścisnąłem komórkę, czując, jak krew odpływa z mojej twarzy. - Maite z nią rozmawia, mi nie chciała powiedzieć nic poza tym, że nie ma zamiaru do niego wracać. - Zapadła chwilowa cisza. Lewis najprawdopodobniej czekał, aż się odezwę, ale nie byłem w stanie wyrzucić z siebie nawet najprostszego słowa, nie wspominając już o jakimś składnym, logicznym zdaniu. - Jesteś może w Milton?
Nieznaczenie pokręciłem głową. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że Brytyjczyk mnie nie widzi.
- W Londynie - mruknąłem, myśląc intensywnie. Przecież nie mogłem tego wszystkiego tak zostawić. - Ale zaraz tam będę. Podaj mi tylko adres hotelu.
Teraz mogłem dziękować Bogu za stojące na parkingu BMW z lotniskowej wypożyczalni. Jak widać na coś się jednak przyda.

__________
Ostatnio piszę prace, które mnie, o dziwo, zadowalają. Naprawdę lubię ten rozdział, jest taki niby o niczym, a jednak mi się podoba. Mam nadzieję, że Wam również!
Pozdrawiam, całuję i dziękuję za wszystkie komentarze w tak dużej liczbie pod poprzednim postem! Byłam mile zaskoczona ♥

niedziela, 6 grudnia 2015

Part Nine

Minął tydzień.
Tydzień bez jego ciepłego spojrzenia i słuchania kojącego głosu. Bez możliwości patrzenia na hipnotyzujący uśmiech idealnie pasujący do rozczochranych blond włosów oraz zatonięcia w męskim uścisku dającym mi niesamowite poczucie bezpieczeństwa. Siedem okropnie długich dni sprowadzających mnie ku jeszcze większemu rozżaleniu, czy przygnębieniu coraz mocniej tętniącym w okolicach klatki piersiowej.
Było mi dużo ciężej, niż z początku przypuszczałam...
Każdego ranka spoglądałam w okno pensjonatu przy jednej z głównych ulic Milton Keynes przepełniona nadzieją na ujrzenie tak dobrze znanej mi twarzy. Często przyłapywałam się na przelotnym wtulaniu w krwistoczerwoną bluzę z logiem Scuderii, gdy zostawałam sama w pozornie jasnym, przestronnym pokoju. Dla mnie był on czarną dziurą bez wyjścia, bowiem nie umiałam poradzić sobie z własnymi uczuciami. Po co dręczyły mnie niemalże ze zdwojoną siłą, skoro już dawno zostały spisane na stratę?
Wraz z niewypowiedzianymi słowami Kimiego cały mój świat runął niczym domek z kart, jednocześnie pozbawiając mnie radości i uśmiechu.
- Wszystko w porządku?
Przeniosłam przekrwione z powodu bezsenności spojrzenie na Nico, po czym nieznacznie pokiwałam głową. On tylko westchnął i wrócił do przeglądania codziennych wiadomości, jak to robił co wieczór. Naciągnęłam na ramiona puchową kołdrę w kwiatowej poszwie, starając się nie zwracać na siebie większej uwagi. Było mi cholernie źle już nawet nie z powodu Sebastiana. Niemal tak samo mocno bolał mnie fakt, że swoim zachowaniem raniłam także najlepszego przyjaciela będącego w stanie zrobić dla mnie praktycznie wszystko. Odkąd tutaj przyjechaliśmy spełniał każdą moją zachciankę, miałam go dosłownie na zawołanie, a nie umiałam wykrztusić z siebie nawet jednego, głupiego uniesienia kącików ust w geście podziękowania.
Musiałam się pozbierać. Tutaj, teraz, zaraz!
Owe plany pogrzebał jednak wibrujący tysięczny już raz telefon. Spojrzałam na wyświetlacz, a gdy ujrzałam imię Vettela w moim gardle automatycznie wyrosła niebotycznych rozmiarów gula. Ponownie musiałam użyć całej siły woli, by odrzucić połączenie i nie uronić przy tym ani jednej, gorzkiej łzy będącej wyrazem tego, jak żałosnym stałam się człowiekiem.
Prawda była taka, że nie bałam się dać mu drugiej szansy. Wręcz przeciwnie! Chciałam go nią obdarować i pozwolić, by uczynił mnie najszczęśliwszą dziewczyną na świecie. Przerażało mnie coś zupełnie odmiennego - wizja, że ponownie będę cierpieć z dokładnie tego samego powodu.
Włożyłam nogi w ciepłe, wełniane kapcie idealnie ułożone na dywaniku przy łóżku, po czym podeszłam do Nico, by niezdarnie uwiesić się na jego szyi. Nie mogłam dalej trwać w tej beznadziei, musiałam coś z sobą zrobić i zrozumieć wreszcie, że on nie wróci. To, co było, minęło. Nie ma prawa kolejny raz zawitać w moim zmasakrowanym życiu!
- Co jest księżniczko? - Kątem oka zauważyłam, jak skrzywił się po wypowiedzeniu tych słów. Doskonale znał moje uprzedzenia do danego określenia, związane z zadufanym w sobie ojcem i całą resztą tkwiących w podrabianym, monakijskim pałacu buraków. - Przepraszam. Nie chciałabyś może ruszyć tyłka z tej zapyziałej nory? Niedługo do niej przyrośniesz...
Siłą woli wymusiłam blady uśmiech motywujący mnie do dalszego działania. Brawo! Pierwszy krok ku lepszemu życiu bez ciągłego goszczenia Vettela w myślach wykonany.
- W sumie nawet chętnie - mruknęłam, opierając podbródek o jego głowę. - Jakieś konkretne propozycje?
- Pokaz kaskaderski motocyklistów na stadionie Donsów. Nie podchodzi to może idealnie pod twój gust, ale chyba się nada.
Pospiesznie przytaknęłam, odgarniając z twarzy zabłąkany kosmyk ciemnych włosów.
- Jestem za! - Odsunęłam się od niego, z dużo większą już łatwością unosząc kąciki ust w nadal jednak nie do końca szczerym uśmiechu. - Tylko powiedz mi, w co mam się ubrać...
Odeszłam kawałek do stojącej pod szafą, nadal nierozpakowanej walizki i sfrustrowana zajrzałam do środka. Ku swojemu niezadowoleniu niemalże natychmiast dojrzałam bluzę Ferrari idealnie upchniętą pod stertą bawełnianych swetrów. Poczułam, jak do moich oczu napływają łzy, ale nie pozwoliłam im spłynąć po zaczerwienionych policzkach. Nie mogłam tego zrobić. 
Cholera! Czy on kiedykolwiek zostawi mnie w spokoju?
- Jak dla mnie możesz iść nago - skomentował, jednocześnie wyrywając mnie z otępienia. Ta uwaga spotkała się z serią piorunujących spojrzeń i parą jeansów rzuconą w jego pierś. - Okej, jak sobie chcesz.
Śmiejąc się, rozłożył ręce w geście kapitulacji.
Teatralnie przewróciłam oczami i zgarnęłam z wierzchu najprostsze ubrania, jakie w swej kolekcji posiadałam. A wchodząc do łazienki niechętnie musiałam przyznać, że użalanie się nad sobą przez ostatni tydzień było jednym z tych niewybaczalnych błędów, które niestety dane mi było popełnić. Bo o ile łatwiejsze stałoby się moje życie, gdybym od razu podjęła podobną decyzję i zaczęła działać, zmuszać się do zapomnienia?


Zegar widoczny na telebimie wybijał kolejne godziny, minuty będące niemalże wiecznością. Nie mogłam skupić uwagi na niczym innym. Odliczanie czasu do końca wydarzenia stało się moją obsesją, uświadamiając jednocześnie, że nie powinnam się tutaj pojawiać. Ukradkiem spoglądając na skaczących po różnorako ustawionych torach przykrytych bandami motocyklistów starałam się nie myśleć o nim. O jego zmierzwionych blond włosach i obezwładniającym uśmiechu przyspieszającym bieg mojego serca. Czy ta obsesja miała się kiedykolwiek zakończyć?
Zniesmaczona spojrzałam na zadowolonego Nico oglądającego całe widowisko z błyszczącymi oczami. Wzięłam parę głębszych oddechów w celu zbicia ogarniającego mnie otępienia. Wsadziłam dłonie do kieszeni za dużej o kilka rozmiarów bluzy Niemca i zaczęłam przeciskać się przez tłum w kierunku wyjścia. Nie wiedziałam, gdzie powinnam pójść. Może do toalety, może po prostu usiąść przed stadionem, poczekać, odpocząć od tego wszystkiego. Ale byłam pewna, że na trybunach zostać nie mogłam, bowiem ciągłe wybuchy konfetti i ryk motocyklowych silników doprowadzały mnie do istnego szału.
Twardo stawiając kroki na betonowych schodach brnęłam ku górze. Ze świstem wypuszczając powietrze oparłam się o chłodną ścianę, znikając z pola widzenia kamer oraz ponad tysiąca spojrzeń zaciekawionych wydarzeniem. Powoli zaczęłam rozumieć osoby popełniające samobójstwa po stracie kogoś uzupełniającego ich brakującą połowę. Skoro ja cierpiałam w ten sposób przez kilka głupich słów i przeszłość Sebastiana, którego nie zdążyłam nawet dokładnie poznać, to jak musieli się czuć oni po zniknięciu człowieka, z którym od lat dzielili swoją codzienność?
Zaczęłam iść dalej, głośno przełykając ślinę. Rozluźniałam i zaciskałam pięści w walce z otaczającymi mnie strapieniami. Matko, jaka ja byłam beznadziejnie słaba emocjonalnie!
- Ana! - Odwróciłam się w kierunku biegnącego Nico. - Nawet nie wiesz, jak się przestraszyłem! Gdzie ty idziesz?
Otworzyłam usta w celu wypowiedzenia kilku nieskładnych słów, jednak nie mogłam nic z siebie wydusić. Blondyn złapał mnie za ramiona trochę zbyt mocno jak na dopuszczalne standardy, włączając we mnie czujnik ostrzegawczy.
Nie, musiałam się uspokoić. Przecież Nico nic mi nie zrobi...
- To nie tak - mruknęłam roztrzęsionym głosem. - Po prostu...
- Nadal o nim myślisz, prawda? - Przysunął się niebezpiecznie blisko, jednocześnie przyciskając moje plecy do jasnej ściany. Zadrżałam, czując jego oddech na szyi. Przez nadmiar uczuć tłoczących się wewnątrz serca nie umiałam spojrzeć w te błękitne, rozwścieczone tęczówki. Wzrok ciągle kierowałam w podłoże, uciekając od raniącej wszystkich wokoło prawdy. - Dlaczego? Co on takiego w sobie ma?
- Nico, proszę - szepnęłam, podejmując próbę choć lekkiego odsunięcia się od niego. Bez powodzenia. - Proszę!
- O co? Mam dać Ci do niego polecieć i pozwolić na to wszystko?! - Pokręciłam głową, czując, jak po moich policzkach zaczynają spływać łzy przerażenia. - Czemu nie możesz zrozumieć, że Sebastian nie jest tym delikatnym i wyrafinowanym chłoptasiem, za którego się podaje?
Moja głowa pękała od przygnębiających myśli. Miałam ochotę krzyczeć, wygarnąć mu z zaciśniętymi zębami i sprzedać zdrowego kuksańca, ale z niewiadomych powodów głos uwięzł mi w gardle paraliżując wszystkie mięśnie. Zamknęłam powieki, chcąc osunąć się na kolana, jednak zaraz poczułam ciepły uścisk Niemca automatycznie przywracający mnie do pionu.
- Sebastian nie jest zły. On nigdy...
- Ana, w co ty wierzysz? Rzeczywistość jest inna, niż Ci się wydaje. - Ze strachem zauważyłam, jak jego dłoń delikatnie wędruje pod moją koszulkę. Gwałtownie się odsunęłam, czego następstwem był jedynie tępy ból głowy po niemałym zderzeniu z betonową nawierzchnią. - Zrozum, nie tylko on może dać Ci szczęście. Ja też mogę.
Byłam bezradna. Rosberg wpił się w moje wargi całą siłę wykorzystując do ograniczenia wykonywanych przeze mnie ruchów, a jedyne, na co umiałam się zebrać było desperackie ugryzienie jego pchającego się do mojej buzi języka.
Pałał żywą wściekłością, nie dało się tego nie dostrzec. Ale wykorzystanie szansy na ucieczkę, gdy z piskiem bólu odskoczył ode mnie było jedną z najważniejszych i najlepszych decyzji, jakie udało mi się w dotychczasowym życiu podjąć.

__________
Ah, tak bardzo lubię drugą część tego rozdziału. Wiem, że fanki Rosbega (aczkolwiek na szczęście takich na tym blogu chyba nie ma) zjadłyby mnie żywcem, jednak robienie z niego świni stało się chyba moim nowym hobby ;)
Całuję, dziękuję za wszystkie komentarze pod poprzednim postem i do następnego!

niedziela, 29 listopada 2015

Part Eight

Z całej siły ściskałem metalową klamkę, starając się pozbierać rozbiegane myśli w logiczną całość. Ledwo powstrzymywałem napływające do oczu, słone łzy, będące pewnego rodzaju potwierdzeniem przytłaczających mnie uczuć. A już teraz, po tak krótkim czasie wiedziałem, że zakochałem się w niej bez opamiętania. Zwyczajnie oszalałem na punkcie tej pięknej, subtelnej monakijki stającej się moim osobistym ideałem. Nie mogłem spieprzyć kolejnego związku, który przecież nie zdążył się nawet na dobre zacząć. Anabelle była dla mnie zbyt ważna, by tak po prostu odpuścić, zapomnieć. Nie umiałbym tego zrobić.
Zapukałem i słysząc ciche proszę, powoli wszedłem do środka. Czując walące w piersi serce przeniosłem wzrok na jej zmarnowaną sylwetkę. To był moment, w którym zapragnąłem przywalić samemu sobie za to, co w przeszłości zrobiłem. Widok wody spływającej po jej zaróżowionych, delikatnych policzkach doprowadzał mnie do stanu emocjonalnej agonii zmieszanej z kłującym cierpieniem. Czymś, czego nie mogłem znieść. Najchętniej przyciągnąłbym ją do siebie i mocno przytulił, zapewniając o dobrym zakończeniu danej sytuacji. Znalazłem się o krok od wykonania tak zuchwałego czynu, ale nie chciałem jeszcze bardziej powiększać powstałego tak nagle między nami dystansu. Dlatego podszedłem do niej, skulonej przy niemalże spakowanej walizce i uważnie, jakby mimochodem położyłem dłoń na jej ramieniu.
- Coś się stało? Wcześniej nigdy nie...
Gdy zauważyła, że to nie Nico za nią stoi, porządnie zadrżała i odskoczyła. Te ciemne, zwykle pałające energią tęczówki przepełnione były bólem budzącym we mnie niesamowicie mocne wyrzuty sumienia. Przeszłości nie zmienię, żałuję tylko, że dowiedziała się o niej w tak beznadziejny sposób.
- Ana, proszę...
- Wyjdź stąd!
Wskazała na drzwi, odsuwając się możliwie jak najdalej. Co chwilę ścierała z twarzy łzy, ale nie miało to większego sensu, bowiem zaraz pojawiały się kolejne, sprawiając, że moje serce obficie krwawiło.
- Wysłuchaj mnie, to nie tak... - spróbowałem jeszcze raz, jednak zaraz mi przerwała.
- Nie chcę na ciebie patrzeć! Rozumiesz?!
Zacisnąłem powieki, dając upust wszystkim targającym mną emocją. Nie mogłem dłużej trzymać tego w sobie. Po prostu się rozpłakałem.
- Wiem, że nie ma usprawiedliwienia na to, co zrobiłem, ale możesz mnie chociaż wysłuchać. - Podszedłem do niej z ulgą zauważając, że dała mi dokończyć zdanie. - Cholernie mi na tobie zależy i nie chcę, żeby to wszystko się tak skończyło. - Opuszkami palców u dłoni musnąłem jej skroń, wywołując przyjemne ciarki przechadzające się po całym ciele. - Skończyło, zanim jeszcze w ogóle zdążyło się zacząć.
- Sebastian... Ja... Ja tak nie umiem - wydukała, patrząc prosto w moje oczy. - Nie potrafię tak żyć. W ciągłej niepewności, cierpieniu.
Pokręciłem głową, przysuwając się jeszcze bliżej.
- Nie musisz tak żyć. - Nieznacznie uniosłem kąciki ust, ścierając płynnym ruchem łzy z jej policzków. Przez napięcie wywołane dzielącymi nas ledwie kilkoma milimetrami zebrałem w sobie odwagę, by wreszcie to powiedzieć. - Ana, ja...
- Proszę, proszę! Jaka urocza scenka!
Zaciskając pięści odwróciłem się w stronę Rosberga, opartego o ścianę ze skrzyżowanymi na piersi rękami. Miałem ochotę zabić go wzrokiem za przerwanie tak ważnego dla mnie momentu.
- Ile razy ma jeszcze powtórzyć, żebyś się wyniósł?! - zawołał, a na jego czole pojawiła się charakterystyczna dla zdenerwowania zmarszczka. - Ona nie chcę Cię znać!
- Pozwól, że sama będę decydowała, czego chcę, a czego nie - wydusiła, stając pomiędzy nami. Przez chwilę poczułem przypływ nadziei, tylko po to, by zaraz pogrążyć się w jeszcze większym bólu. - Ale tym razem Nico ma rację. Przepraszam...
Posłała mi spojrzenie przepełnione cierpieniem. Ja ją raniłem, z każdym kolejnym krokiem postawionym w kierunku drzwi uświadamiałem to sobie coraz bardziej. Ale mimo wszystkich tłoczących się w mojej głowie wątpliwości nie umiałem opanować chęci pogonienia za nią, gdy skulona znalazła się już na korytarzu.
- A ty gdzie?! - Na drodze do drzwi stanął Niemiec, dźgając mnie palcem w klatkę piersiową. - Jeśli myślisz, że możesz bezkarnie mieszać jej w głowie, to się grubo mylisz!
Prychnąłem sarkastycznie, unosząc brwi.
- Co Ci do tego? Czemu zawsze musisz wpieprzać się tam, gdzie cię nie chcą?
Uniósł zaciśniętą dłoń i zamachnął się, jednak w ostatniej chwili złapałem jego nadgarstek. Syknął, kiedy wykręciłem go nienaturalnie, puszczając po krótkiej chwili.
- Nie waż się jej więcej zranić, bo ostro tego pożałujesz! - Jeszcze godzinę temu myślałem, że nie mogę bardziej go znienawidzić. Myliłem się. - Zwyczajnie się od nas odczep, to wszyscy będą szczęśliwi.
- Jesteś śmieszny...
- Nie. Po prostu kocham ją całym sercem i nie pozwolę, by kretyn twojego pokroju się do niej dobrał! Ona jest moja, rozumiesz?! - warknął, prowokująco łapiąc moją koszulkę. - Na torze może jeździłeś z jedynką przez cztery sezony, ale tego wyścigu nie dam ci wygrać!
Zaśmiałem się, jednocześnie wyrywając z jego uścisku.
- To nie żaden wyścig, Ana nie jest przedmiotem! Dopóki tego nie pojmiesz, nie będziesz mógł z nią być.
Wyminąłem go i skierowałem się ku wyjściu, tłumiąc w sobie chęć przywalenia mu w twarz. Musiałem być silny. Wyjechać stąd i możliwie jak najszybciej ją odzyskać. O ile w ogóle jest to jeszcze możliwe...

***

Za szybko i zbyt mocno przywiązuję się do ludzi. Za łatwo otwieram się na innych, a co za tym idzie, zaczynam ufać. Zawsze dostrzegam tylko to, co dobre, zapominając, że każdy ma też drugie, gorsze oblicze. A później cierpię, jak teraz.
Drżąc z bólu i strachu przed wizją utraty tak ważnej dla mnie osoby zajęłam miejsce w samolocie, praktycznie na nic nie zwracając uwagi. Nico został zatrzymany przez kilku fanów, więc miałam chwilę dla siebie, na racjonalne przemyślenie obecnej sytuacji. Przecież musiałam jakoś żyć dalej. Brnąć przed siebie i spełniać marzenia, choć jego widok w trakcie weekendów wyścigowych z całą pewnością nie będzie łatwym do zniesienia doznaniem.
Potrzebowałam zapomnieć. Zakopać wspomnienia tych czułych, niezwykle ciepłych ramion dających mi szczęście i hipnotyzujących, szarobłękitnych oczu, by później ruszyć z impetem przed siebie, ponownie się zakochać. Tym razem w kimś wartym owego uczucia.
Wraz z wybiciem siedemnastej dwadzieścia Rosberg zajął miejsce obok, a z głośników nad naszymi głowami rozległo się polecenie zapięcia pasów. Nie miałam wystarczającej siły woli, by po nie sięgnąć, dlatego z wdzięcznością spojrzałam w oczy przyjaciela, gdy wykonał daną czynność za mnie. Uśmiechnął się, kojąco ściskając mój nadgarstek, najprawdopodobniej w celu dodania krzty pozytywnych emocji, które jednak nie chciały do mnie przyjść nawet najbardziej okrężną z możliwych dróg. Znalazłam się w ewidentnym, przygnębiającym dołku.
- Myślę, że teraz da Ci już spokój - wyszeptał, nadal krzyżując nasze palce na dzielącym dwa miejsca podłokietniku. - Chyba zrozumiał, gdzie jego miejsce w tym wszystkim.
Zacisnęłam zęby tłumiąc jednocześnie ochotę na powiedzenie mu, że miejsce Sebastiana w moim mniemaniu jest zupełnie gdzie indziej, niż w jego. Nie chciałam roztrząsać całej tej sytuacji i dodatkowo kłócić się z osobą będącą dla mnie największym wsparciem. Potrzebowałam go tutaj, przy sobie. A nie gdzieś daleko, obrażonego na mnie i cały świat za wypowiedzenie zdania, którego celem było choć lekkie obronienie imienia Vettela.
Wyjęłam z pospiesznie spakowanej torebki telefon. Starałam się, jak mogłam, by wyraz mojej twarzy nie uległ zmianie po ujrzeniu całej masy nieodebranych połączeń od czterokrotnego mistrza świata. Zyskałam nawet pewną dozę nadziei, gdy po zaciętej walce z własnymi uczuciami udało mi się zatrzymać na swoim miejscu kilka idealnie oddających dany moment łez. Zagryzając dolną wargę skasowałam wszystko z rejestru i nie zwracając uwagi na nieprzyjemne ciarki przechadzające się po plecach wyłączyłam komórkę.
Jeśli czegoś byłam wtedy pewna, to właśnie tego, że wyrzucenie Sebastiana z pamięci nie będzie sprawą pozornie bardzo łatwą. Wręcz przeciwnie. Zaczęłam w ogóle powątpiewać w jakąkolwiek możliwość powodzenia tej mozolnej próby kłócenia się z własnymi uczuciami.

__________
Szczerze mówiąc jedynym, o czym jestem teraz w stanie myśleć jest koniec sezonu F1 i świadomość, że na kolejny wyścig będę musiała czekać nie tydzień, dwa czy w ewentualności cztery, jak to miało do niedawna miejsce, ale aż trzy miesiące!
Cóż, okres na 'byle do marca' uważam za otwarty :')
Dziękuję też za wszystkie niezwykle motywujące komentarze, jesteście wspaniałe!

niedziela, 22 listopada 2015

Part Seven

Szybko bijące serce niemal wyskakiwało z mojej piersi. Chciałam uciec stąd jak najdalej, może nawet ponownie zagrzebać się w łóżku stojącym na środku pokoju monakijskiego domu. Ale byłam w stanie jedynie wypłakiwać się w ramię Kimiego. To wszystko bolało mnie bardziej, niż z początku mogłam sobie wyobrazić. Uczucie, którym zaczęłam darzyć Sebastiana było na tyle silne, by przytłoczyć mnie ową wiadomością. Nie znalazłam motywacji nawet na samodzielne wyjście z windy, to Raikkonen musiał mnie wyprowadzić i posadzić pod ścianą.
- Ana, to nie tak, jak myślisz.
Wzięłam kilka urywanych wdechów, starając się nie jąkać przy wypowiadaniu słów.
- Oczywiście. Teraz będziesz go tłumaczył...
- Nie, naprawdę nie rozumiesz.
Zmarszczyłam brwi. Nie chciałam słuchać głupich wyjaśnień, już i tak wystarczająco cierpiałam. Jedyne, czego potrzebowałam, to spokoju oraz odrobiny ciszy. Nie ukoiłoby to moich drżących z nadmiaru nieprzyjemnych emocji dłoni, ale przynajmniej pozwoliło wszystko przemyśleć i możliwie zapomnieć. Podjąć jakąś decyzję na temat dalszego działania.
- W takim razie mi wytłumacz - poprosiłam, patrząc prosto w jego oczy.
- Myślę, że nie ja powinienem to zrobić.
Westchnęłam. Czy wszystko zawsze musi być tak skomplikowane?
- Nie chcę go widzieć...
- Posłuchaj mnie. - Zagryzł dolną wargę, jednocześnie ściskając moje ramię. - Sebastian nie jest złym człowiekiem, nie zrobi Ci krzywdy. On po prostu wiele w życiu przeszedł. I uważam, że nie ja powinienem Ci to wszystko wyjaśnić.
Zacisnęłam powieki, pozwalając, by słone łzy spłynęły po moich policzkach dwiema niezbyt równymi stróżkami. Schowałam twarz w dłoniach, starając się nie myśleć. Miałam dość wszystkiego. Zaczynając na beznadziejnym ojcu mającym mnie głęboko w poważaniu, a kończąc na uczuciu, które nawet nie zdążyło całkowicie się rozwinąć, a już było skazane na porażkę i usunięcie się w cień. Musiałam zapomnieć. Wyrzucić z siebie wszystkie wspomnienia związane z Vettelem. Pytanie tylko, czy będę umiała to zrobić...
Wspomagając się obłożoną tapetą ścianą, stanęłam chwiejnie na nogach i głośno przełknęłam ślinę. Miałam wrażenie, jakby coś rozrywało mnie od środka. Dusiłam się. Chciałam uciec stąd jak najszybciej i przede wszystkim przestać się nad sobą użalać.
- Pomożesz mi znaleźć Nico? - spytałam, patrząc w tęczówki Kimiego. - Chcę go przeprosić...
- Ana, idź z nim porozmawiać. - Jego błagalny ton sprawiał, że prawie przewróciłam się z nadmiaru emocji. - Tak, wiem. To, co robił nie ma żadnego usprawiedliwienia. Ale minęło sporo czasu, on się naprawdę zmienił...
- Daj spokój. Brzydzę się nim.
Raikkonen zacisnął powieki z bezradności. Westchnął, po czym objął mnie w geście pocieszenia.
- Jesteś tego pewna?
- Nie - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - Ale chcę przeprosić Nico.
Kierowca poprowadził mnie do końca korytarza i skierował się w stronę mojego pokoju. Stojąc przed drzwiami, przytulił mnie do torsu, a ja schowałam się w jego ciele najlepiej, jak tylko potrafiłam. Czemu życie musi być takie beznadziejne? Dlaczego wszystko, czego się tknę, sprawia, że cierpię?
Przywołałam wspomnienie tych błyszczących, niezwykle hipnotyzujących tęczówek, przyprawiających o przyjemne łaskotanie w okolicach serca. Czarującego uśmiechu dającego mi radość, inspirację i nadzieję na lepsze jutro. Przypominały mi się wszystkie ciepłe słowa, które w moją stronę kierował. Po prostu to, w czym tak bardzo się zakochałam i o co chciałam walczyć, tylko po to, by później przekonać się, jakim człowiekiem tak naprawdę jest Vettel.
- Chociaż spróbuj - wyszeptał Kimi.
Ja jednak pokręciłam tylko głową, odsunęłam się od niego i z niezwykle nieszczerym, wymuszonym uśmiechem zamknęłam się wewnątrz hotelowego pokoju.
Miałam wielką ochotę usiąść na podłodze i zacząć płakać, tak, jak to robiłam, gdy miałam pięć lat i tata nie chciał mnie puścić na plac zabaw znajdujący się w pobliskim parku. Ale musiałam być silna. Nie umiałam co prawda powstrzymać kapiących na podłogę łez zmieszanych z nieprzyjemnymi ciarkami przeszywającymi co jakiś czas moje ciało, jednak zagryzłam zęby i ruszyłam w kierunku walizki. Zaczęłam niedbale wrzucać do niej ubrania znajdujące się w szafie. Z wściekłością wcisnęłam do środka koszulkę merców i dwie pary jeansów. Podniosłam z podłogi podręczny plecak, po czym wysypałam na łóżko jego zawartość. A widząc to, co kiedyś sprawiało, że unosiłam się we własnym, wyimaginowanym świecie, poczułam niezwykle duszący ucisk w gardle. Bluza Sebastiana... Krwistoczerwona, z emblematem ferrari i wyszytą, niemiecką flagą na karku.
Nie umiałam z nią nic zrobić. Dlatego po prostu przytuliłam się do niej i płacząc, bezradnie położyłam na łóżku. W niektórych miejscach nadal dało się odczuć lekki zapach jego cudownych perfum. Czegoś, co jeszcze kilka godzin temu dawało mi niezwykle silne poczucie bezpieczeństwa. A teraz przyprawiało tylko o beznadziejny, paraliżujący wręcz ból.
Może wydawałam się śmieszna. Dziwnie było tak rozpaczać po pozornej utracie faceta, którego znałam kilka dni. Ale to był właśnie efekt zamykania mnie w pokoju przed całym światem. Nie miałam doświadczeń. Nie rozumiałam, jak to jest się zakochać i nie byłam odporna na zranienie. Przecież równie dobrze mógł mi powiedzieć prosto w twarz, że nic dla niego nie znaczę. I wtedy czułabym się dokładnie tak samo. A może nawet gorzej?
Słysząc ciche pukanie zerwałam się na nogi. Panicznie upchnęłam bluzę ferrari pod stertą ciuchów znajdujących się już w walizce, po czym odwróciłam w kierunku otwierających się drzwi. Do środka wszedł Nico z niezwykle zatroskaną miną.
- Kimi mówił... Ana, co się stało? - Zaraz do mnie doskoczył i mocno do siebie przytulił. - Dlaczego płaczesz?
Nie byłam pewna, czy chciałam mu się z tego zwierzać. Ale tylko jemu ufałam w stu procentach. W gruncie rzeczy był jedyną osobą, której naprawdę na mnie zależało.
- Miałeś rację - wyszeptałam, chowając twarz w jego ramieniu. Czułam, jak uspokajająco gładził mnie po włosach. - Sebastian to idiota.
- Coś ci zrobił?
- Nie, ale... Kimi powiedział mi o jego przeszłości. Jak wpuszczał do łóżka pierwszą lepszą i...
- Przecież Cię ostrzegałem.
Gwałtownie zamrugałam powiekami, odsuwając się od niego.
- Wiem. Przepraszam, że Ci nie uwierzyłam.
Blondyn położył dłoń na moim policzku, delikatnie się uśmiechając.
- Nie masz za co. Po prostu w przyszłości uważaj na to, z kim się zadajesz.
Pokiwałam głową, choć czułam, jak ciężko będzie mi wyplenić Vettela z życia. Tym bardziej, że przecież miałam go widywać na każdym Grand Prix.
- Możemy... Możemy już wyjechać? Nie chcę się na niego natknąć.
- Oczywiście. Zaraz zarezerwuję bilety.
Czule pocałował mnie w czoło, jednocześnie upewniając w słuszności podjętej decyzji.

***

Pakowanie się po wyścigowym weekendzie nigdy nie należało do moich mocnych stron. Nie raz zdarzało mi się zostawić coś w hotelu, czego konsekwencją było wykonanie miliona telefonów. Dlatego najczęściej odpuszczałem sobie poszukiwania owej zguby i nauczyłem się sprawdzać, czy oby na pewno wszystkie najważniejsze rzeczy są już na miejscu.
Zapinanie walizki przerwał mi dźwięk otwieranych drzwi. Zmarszczyłem czoło i odwróciłem się, zauważając strapionego Raikkonena.
- Coś się stało? - spytałem, nie kryjąc zdziwienia.
- Nie, skądże znowu. U mnie wszystko w porządku. - Uśmiechnął się krzywo. - Za to ty stary masz przesrane.
Otworzyłem usta, by zadać kolejne pytanie, jednak Fin mnie uprzedził.
- Nico niczym ostatni konfident wyśpiewał Anie o twojej przeszłości, pomijając najistotniejsze fragmenty. Więc od tej pory jesteś w jej oczach jebanym podrywaczem kochającym panienki na jedną noc.
Zatkało mnie. Bliżej nieokreślona siła przydusiła moje gardło i kazała mi usiąść na łóżku z bezradności. Uderzyłem pięścią w pozornie idealnie ułożoną pościel, czując, jak do moich oczu napływają łzy. Przecież teraz nie będzie chciała mnie znać...
- Kurwa - szepnąłem, starając się pozbierać myśli w jedno, logiczne zdanie. - Co ja mam robić?
- Wujcio dobra rada mówi: po prostu walcz.
Zacisnąłem powieki, biorąc kilka uspokajających oddechów. Nie mogłem działać pochopnie, głupio podjęte decyzje tylko skomplikowałyby już i tak beznadziejną sytuację. Dlatego ignorując wrażenie, że właśnie straciłem dziewczynę niemalże idealną wstałem, po czym zbierając w sobie całą odwagę wyszedłem na korytarz. W drodze do jej pokoju zastanawiałem się, co mam powiedzieć. Tak po prostu wejść i poprosić, by mi wybaczyła? Opowiedzieć całą historię, która i tak niczego nie usprawiedliwiała? Byłem pieprzonym kretynem, że w ogóle zaczynałem pakować się w kolejny związek!
Ale teraz nie posiadałem opcji odwrotu. Musiałem włożyć w to wszystkie swoje siły. Sprawić, by mi uwierzyła i dała drugą szansę. Dla niej byłem gotowy zrobić praktycznie wszystko...

__________
Wiem, nie wyjaśniłam sprawy z Sebastianem. I nie wyjaśnię jej jeszcze w dwóch najbliższych rozdziałach. Mam nadzieję, że jakoś wytrzymacie :')
W każdym razie dziękuję za wsparcie w postaci komentarzy i zapraszam do zostawiania po sobie śladu również pod tym rozdziałem! ♥

sobota, 14 listopada 2015

Part Six

Czułem, jak z nadmiaru emocji trzęsą mi się nie tylko nogi, ale i reszta ciała stykająca się z jej sylwetką. Przytulając ją do torsu natykałem się na miliony myśli błądzących między zakłopotaniem, a przesadną bojaźliwością. Musiałem brać głębokie wdechy, by wciągając zapach subtelnych perfum zrozumieć, że właśnie na dobre zapomniałem o swojej przeszłości. Nie liczyło się to, jak bardzo byłem zakochany w Hannie, ale to, co rodziło się między mną, a Aną. Uczucie, któremu bałem się pozwolić rozwinąć skrzydła z powodu zranienia czy ponownego ciosu w sam środek serca.
Schowałem twarz w jej włosach. Trzymała dłonie na moim karku, kreśląc paznokciami bliżej nieokreślone kształty. Ciarki przechadzające się po częściach mojego ciała uzupełniały delikatne łaskotanie w okolicach klatki piersiowej, sprawiając, że nie zwracałem uwagi na nic innego, poza nią. Chciałem zachować tę chwilę dla siebie już na zawsze. Zamknąć się i trwać w niej po kres dni, choć wiedziałem, że tak się nie da.
Muzyka zmieniła bieg po raz kolejny. Nieznacznie odsunąłem się od brunetki, by móc lekko unieść kąciki ust. Skrzyżowała swoje palce u dłoni z moimi i zaczęliśmy przemieszczać się w stronę stojącej pod ścianą kanapy. Usiadłem pierwszy, ona kilka sekund później, obok. Była cholernie blisko, przyprawiając mnie o zawrót głowy. A kiedy szeptem, smagając swoim oddechem moją szyję, zaczęła prosić, bym przyniósł jej coś do picia, miałem ochotę spojrzeć na swoje krocze i upewnić się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.
Drogę do baru pokonałem błyskawicznie. Równie szybko wróciłem ze szklanką wypełnioną ciemnym płynem, zauważając kątem oka rozbawionego Lewisa. Pokazał mi uniesiony kciuk i zaczął coś wykrzykiwać, jednak nie miałem ochoty go słuchać. Pragnąłem po prostu jak najszybciej do niej wrócić.
- Przepraszam - oznajmiła, gdy wręczyłem jej drinka. - Jestem już nieźle schlana.
Uśmiechnąłem się, czując, jak kładzie głowę na moim ramieniu.
- Raz na jakiś czas można się zabawić.
- Nie panuję nad tym.
Zmarszczyłem brwi, przy okazji obejmując jej talię.
- Chyba nie rozumiem.
- Sama tego nie umiem zrozumieć. - Zaśmiała się. - Ale może kiedyś...
Spojrzała prosto w moje oczy, nieznacznie zagryzając dolną wargę. Cholera! Czy możliwe jest zakochanie się w kimś po ledwie kilku dniach niezobowiązującej znajomości? Czy to dziwne, ogarniające mnie od środka uczucie nie było tylko głupim wymysłem, pretekstem do udowodnienia sobie, że mogę zacząć żyć od nowa?
Powoli gubiłem się w tym wszystkim. Jednak nie miałem czasu na jakiekolwiek wyjaśnienia, bowiem przed nami wyrósł podpity Nico, na którego twarzy malowała się prawdziwa furia.
- Chyba wystarczy. - Starał się być opanowany. Szkoda tylko, że wcale mu to nie wychodziło. - No już Ana, idziemy!
Pociągnął ją za nadgarstek. Ale ona zamiast wstać i posłusznie wyjść, przytuliła się do mnie z cwaniackim uśmiechem.
- Nigdzie nie idę! Chcę zostać tutaj, z Sebastianem.
Moje serce automatycznie wrzuciło szybsze obroty. Czy ona naprawdę to powiedziała?
- Jesteś perfidnym krętaczem! - Rosberg wziął jej ciało na ręce i przyciągnął do torsu z zadziwiającą czułością. Odgarnął z jej twarzy zaplątany kosmyk brązowych włosów, po czym ponownie, przyjmując postawę super bohatera, spojrzał na mnie. - Od zawsze wiedziałem, że nie można Ci ufać. Ale nie myślałem, że byłbyś w stanie upić bezbronną dziewczynę, by później ją wykorzystać. Brzydzę się tobą, Vettel!
I wyszedł, zostawiając mnie w stanie silnego oszołomienia.
Teraz już wiedziałem, że będę miał pod górkę. Jeśli szczerze się w niej zakochałem, będę musiał odsunąć od tego wszystkiego zdeterminowanego Niemca, który z całą pewnością obdarza ją czymś więcej, niż tylko zwykłą przyjaźnią.

***

Uniosłam powieki, słysząc dźwięk przychodzącego sms-a. Rozglądając się po jasnym, hotelowym pokoju próbowałam opanować narastający ból głowy. Podniosłam się do pozycji siedzącej, po czym zaczęłam wyciągać rękę w kierunku telefonu. Nie dane mi było jednak zobaczyć, kto pragnął mi coś przekazać.
- Obiecaj mi, że nigdy więcej się z nim nie spotkasz.
Zadrżałam, nerwowo spoglądając na siedzącego pod oknem Nico. Doskonale wiedziałam, o co mu chodzi. Czułam też, że przegięłam i zabrnęłam zdecydowanie poza granicę. Ale wspomnienie jego ciepłych, męskich ramion do pary z oszałamiająco błękitnymi oczami niemalże od razu niwelowały poczucie winy. Po prostu się cieszyłam. Wiedziałam, że Sebastian to wspaniały człowiek i choć Rosberg był moim przyjacielem, nie umiałam trzymać się od niego z daleka. To właśnie on zapełniał pustkę, którą przez tyle lat miałam w sercu. To jego zaczęłam darzyć pewnym uczuciem. Może na razie faktycznie nie potrafiłam tego zrozumieć. Po tylu latach siedzenia w zamknięciu nie wiedziałam, jak to jest pragnąć kogoś, kochać go, nie oczekując jednocześnie niczego w zamian. Jednak wiedziałam, że nasza relacja już teraz nie należy do normalnych. I nie chciałam, by do takowych należała.
- Nie mogę - wyszeptałam, spuszczając wzrok. Przynajmniej na chwilę musiałam zapomnieć o wydarzeniach z nocy i przestać się szczerzyć niczym dwulatek na widok lizaka.
Gwałtownie wstając rzucił trzymaną w dłoni szklanką z wodą o ścianę. Zacisnęłam powieki, słysząc okropny huk i z przerażeniem uroniłam jedną łzę, gdy złapał mnie za ramię.
- Naprawdę jesteś aż tak ślepa?! Sebastian to bydlak! Wykorzysta Cię i porzuci, jak kilka innych, co to mu zaufały. Jemu zależy tylko na seksie. Nic innego się nie liczy!
Czułam słoną wodę spływającą po policzkach. Nie umiałam się opanować. Przecież to, co mówił, nie miało żadnego sensu...
- Ale Nico...
- Ana, myślisz, że dlaczego z nim nie gadam?
Przełknęłam głośno ślinę. Przez chwilę miałam ochotę ugiąć się, zagrzebać w pościeli i po prostu wypłakać. Jednak zamiast tego zebrałam w sobie wszystkie siły i wyrwałam z uścisku Niemca.
- Według twojej teorii wszystkim z padoku powinno zależeć tylko na seksie - prychnęłam, wstając. - Bo tylko z Verstappenem masz jako takie relacje!
Złapałam telefon i wybiegłam na korytarz. Nie miałam zamiaru się z nim użerać. Każdym kolejnym słowem sprawiał mi coraz większy ból, zagnieżdżający się na dnie serca. Naprawdę nie myślałam, że pierwszą osobą, która mnie tak cholernie zrani, będzie właśnie on.
Pokręciłam głową, ścierając z policzków łzy. Nie posiadało to jednak żadnego sensu, bowiem zaraz napływały kolejne. Szybkim tempem, niemal biegnąc, dopadłam do windy i zjechałam na parter. Dopiero stojąc przed recepcją, będąc w centrum uwagi wszystkich znajdujących się tam ludzi zauważyłam, jak wyglądam. Rozczochrana i rozmazana, ubrana jedynie w koszulkę Nico oraz bawełniane, krótkie spodenki.
Wzięłam parę głębszych oddechów. Czy Sebastian naprawdę mógłby mnie tak perfidnie oszukiwać?
- Ana?
Odwróciłam się. Na widok Kimiego poczułam lekką ulgę.
- Ej, co się stało? Dlaczego płaczesz?
Zagryzłam jedynie dolną wargę, starając się nie uronić już żadnej łzy. I tak wglądałam beznadziejnie. Ze spokojem poczułam, jak mnie obejmuje i prowadzi z powrotem do windy. Nacisnął guzik z numerem czwartym, po czym mocno mnie przytulił. Byłam mu za to bardzo wdzięczna.
- Kimi? - wydukałam.
- Tak?
Ukryłam twarz w jego ramieniu, by móc wypowiedzieć te kilka okropnie brzmiących słów.
- Czy on... Czy Sebastian naprawdę sypia z pierwszymi lepszymi?
Kątem oka widziałam, jak przełyka ślinę. I już wiedziałam, że Nico miał rację.
W taki właśnie sposób cały mój wyidealizowany świat, który dopiero zdążył powstać, runął niczym domek z kart. Dlaczego to właśnie ja muszę mieć w życiu takiego pecha?
 
__________
Szczerze mówiąc, całkiem lubię ten rozdział. Początkowo miał wyglądać zupełnie inaczej, ale w sumie dlaczego nie miałabym przewrócić wszystkiego do góry nogami? :')
Dziękuję za opinie i mam nadzieję, że pod tym również się kilka pojawi ;*